Śniadanie

Gdy Hania Bania weszła do kuchni, otwierając białe lakierowane drzwi, poczuła nienawistny zapach kożucha na mleku. Dobiegał z zachlapanego aluminiowego rondelka z czarnymi uszkami. Mleko jak zwykle było wykipione na żeliwną płytę kuchni węglowej i śmierdziało spaloną na amen krową.
Była to kuchnia przedwojenna, z białych kafli, z których jeden pękł na skos. Blat okalał niewysoki murek przykryty szkłem; na nim leżały zapałki i ogarek świecy na wszelki wypadek. Koło rondelka skwierczała złowrogo wielka stara patelnia pełna domowego rosołowego makaronu produkcji Babci, która właśnie odsmażała go na maśle.
Jak co rano Hanię Banię przeszły ciarki na myśl o tym, że będzie musiała zjeść cały makaron i wypić całe mleko z wielkiego, wyszczerbionego, pękatego kubka z namalowaną różową różyczką. Babcia ucałowała Hanię Banię jak zawsze, malutka, ale groźna, gdyby Hani przyszło do głowy nie zjeść tego, co nieuchronnie odgrzewała. Była dziewiąta rano. Przez duże okno kuchni właził poranek. Na podwórku smętnie kiwały się krzak jaśminu i stara śliwa w warzywnym ogródku. Śnieg wyparował, pozostawiając brudne szaro-białe wysepki na trawniku. Okno było podwójne. Pomiędzy szybami leżała biała wata, którą było uszczelnione.
Poranek był lodowaty w przeciwieństwie do mleka i makaronu, który Babcia, pogwizdując coś przedwojennego, postawiła na ceracie w brązowe i białe kwadraty, przetartej na rogach wielkiego jadalnego stołu z szufladą pośrodku. Były w niej różne ciekawe rzeczy Śrubki, wiertarka ręczna z cieniutkim wiertłem, suwmiarka do mierzenia małych dziurek, motek drutu, kłębek sznurka, piłka do metalu. Pachniało pięknie żelazem. Niestety nie było to do zabawy. Makaron i mleko też nie, choć do jedzenia się nie nadawały ze względu na to, że były piekielnie gorące. Babcia Hani posiadała bowiem niezwykłą umiejętność podgrzewania wszystkiego do hutniczych temperatur. Dlatego też zwykle w rodzinie rozpoczynało się konsumpcję posiłku minimum pół godziny po podaniu. Dziś było podobnie, dlatego Babcia, nie tracąc czasu, sięgnęła po wielki brązowy grzebień i rozpoczęła czesanie długich, jasnych, gęstych włosów, którymi porośnięta była, chwała Bogu, tylko głowa Hani Bani.
Z przyzwyczajenia Hania wyrywała się, lekko sycząc na wszelki wypadek, gdy grzebień wyrąbywał prosty przedziałek pośrodku fryzury. Po chwili ostrego bólu był gotowy i Babcia mogła energicznie zabrać się do plecenia dwóch identycznych warkoczy, których końce okręciła gumką recepturką i podwinęła jak precelki. Wystarczyło zawiązać dwie kraciaste, taftowe kokardki i już Hania Bania była gotowa. Babcia patrzyła z zadowoleniem na swoją solidnie zbudowaną wnusię.
Było na co. Hania poliki miała różowe, czarne oczy i garbaty duży nos. Uszy zresztą też duże, choć przylegające. Dla rodziny była normalnej wielkości, dla innych podobno duża, choć nie tłusta, a raczej - jak mówiła ciocia Amelia - trochę zbyt nabita. Hania, patrząc z kolei na Babcię stojącą naprzeciwko w lnianym fartuchu z dużą kieszenią, zauważyła, że jest od niej trochę wyższa, choć ma dopiero niecałe sześć lat. Babcia w ogóle była drobna, oczy miała szare, włosy kasztanowe spięte w kitkę, stopki maleńkie, a w ustach przeważnie cygarniczkę z papierosem, którą na chwilę wyjęła, żeby sobie trochę pogwizdać.
- Siadaj, Haniu - poprosiła grzecznie i mocno pchnęła ją na przedwojenne, kremowo lakierowane krzesło z okrągłą poduszką na siedzeniu. Sama przycupnęła obok i zaciągnęła się w milczeniu resztką papierosa. Nad stołem uniósł się śmierdzący błękitny dymek. Hania Bania w tym czasie rozważała możliwości ucieczki, kopiąc stary kuferek stojący pod stołem. Patrzyła w ścianę nie-widzącym wzrokiem, gdy nagle w jej usta wpadł widelec z nakręconym zwitkiem makaronu. Zostawił makaron i uciekł. Tuż za nim do ust przylgnął kubek z tłuściutkim mlekiem z pianką i fragmentem twardego żółtego kożucha. Hania Bania połknęła to świństwo odruchowo i czknęła demonstracyjnie. Babcia, nie zwracając na to najmniejszej uwagi, nawijała następną porcję. Tym razem przypaloną. Tego było za wiele. Hania Bania postanowiła zrobić bułę, czyli upchnąć makaron w policzki, a potem wypluć, gdy tylko nadarzy się okazja. Za następnym razem się udało. Makaron wypełniał powoli najpierw usta, a potem całą głowę. Babcia była w ósmym niebie. Z dumą patrzyła szarymi oczami na ukochaną wnusię, która z trudem łapała oddech. Głowa Hani Bani stawała się coraz większa i większa, jak bania w kukiełkowym teatrze. Widelec latał do i od głębokiego talerza, aż makaron się skończył.
- Teraz powiedz „dziękuję" - powiedziała Babcia.
Doskonale wychowana Hania powiedziała „dziękuję", jak ją poproszono. Przy „dzię..." wyskoczył makaron spod górnej wargi. Przy „...kuję" zaczęła wyskakiwać cała reszta. Część na Babcię, część na stół, pozostałość na nowiutki sweterek z paczki amerykańskiej przyniesionej przez domokrążną panią Mulisową. Sweterek był z granatowej wełenki. Pod szyją miał białe paski, a zapinany był na dwa rzędy guziczków, też granatowych. Niedawno kupiła go Hani Mamusia z myślą o nadchodzącym, wyśnionym przez Hanię, pierwszym roku szkolnym. Znalazła go niedawno podczas swoich codziennych szperań w rzeczach dorosłych na dnie pięknie pachnącej ziołami, zwanymi bagno, szafy i wyżebrała natychmiastowe noszenie.
W tym momencie nie było to najważniejsze. Gdyby nie powiedziała „dzię...", a potem „...kuję", może udałoby się wyrzucić makaron do wielkiej doniczki, w której rósł fikus. Wystarczyło go podnieść do góry, wypluć bułę z makaronu i postawić z powrotem. W doniczce było już sporo jedzenia, ale kwiat jeszcze się mieścił, kiedy Hania, wypluwając co trzeba, przyklepywała ziemię. Dziś się nie udało. Babcia, kopcąc jak szalona, wycierała Hanię, siebie i ceratę na stole. Nie było to łatwe. Makaron żył własnym życiem. Piął się po ścianach jak bluszcz, owinął bojler z gorącą wodą, podsmażał się indywidualnie na gorącej blasze kuchni, wydając niewyobrażalny smród. Powoli okręcał nogi Babci jak straszliwe, niewolnicze pęta. Babcia ze ścierką stawała się podobna do makaronowej mumii. Hania Bania walczyła ze zwojami makaronu, który również ją chciał uwięzić i nakarmić na własny rachunek. Nie wiadomo też, jakim cudem cholerny makaron wydostał się do ogrodu, gdzie niczym chochoł okręcał nieporadny, łysy i brzydki zimą krzew jaśminu. Hania wraz z Babcią nie różniły się niczym od grupy Laokoona, usiłując wygrać w nierównej walce z porządnymi przysmażonymi paskami. Po stronie makaronu stanęła również porcja przygotowanych na deser kanapek z kiełbasą, położoną na grubej warstwie masła, starannie pokrywającej duże pajdy wczorajszego białego chleba kupionego przez panią Stefę w spółdzielni. Fruwały po kuchni niczym pikujące samoloty, usiłując wepchnąć się w usta Hani i Babci, bo wszystko się im pokręciło. Kiedy jaśmin był już owinięty, makaron wziął się za śliwę rosnącą obok. Z garnuszka z czarnymi uszkami na płytę kuchni wylewały się litry bulgocącego mleka, śmierdząc jak najęte. Wtedy Hania Bania obudziła się. Leżała, dygocąc z przerażenia, gdy do pokoju weszła Babcia, otwierając białe lakierowane drzwi. Hania poczuła nienawistny zapach kożucha na mleku. Dobiegał z zachlapanego aluminiowego rondelka z czarnymi uszkami.

Książka kucharska Hani Bani

Hania Bania nauczyła się gotować nie wiadomo kiedy, podglądając Babcię i Stefę w kuchni, bo w domu gotowało się przez cały dzień. Istnieje możliwość, że to od podjadania była przy kości, a duża głowa urosła jej chyba od pomysłów.
Do teraz Hania Bania uwielbia i umie gotować. Zaprezentowane tu dania są łatwe do zrobienia i towarzyszyły jej przez całe dzieciństwo, dopiero potem poznała inne, smaczniejsze, choć ryba w jarzynach jest nadal popisowym numerem.

Niezbędne w kuchni Hani Bani składniki i przybory

minimum kilo masła,najlepiej od pani Józefczykowej,
i litr mleka przy okazji
kostka smalcu ze sklepu
litr oleju
kilo mąki tortowej
bardzo duża deska do krojenia
spora stolnica
wałek drewniany
miseczki mała i duża
nóż do jarzyn i grzybów
20 jajek od własnych kur, najlepiej karmazynek lub leghornów
litrowy słoik bardzo gęstej śmietany, też od pani Józefczykowej
metr kartofli alma lub amerykanów
mała beczka kwaszonej kapusty
kilo suszonych prawdziwków
żelatyna spożywcza w płatkach
laska wanilii
cynamon w patyczkach
fiolka araku
imbir w proszku
słoik marynowanych podgrzybków a drugi maślaków
młynek pełen pieprzu, sól w półkilowej solniczce z drewnianą pokrywką
wielki nóż do mięsa, mniejszy z ząbkami do skrobania ryb
tłuczek do mięsa
tłuczek do kartofli
wyciskarka do kartofli
ubijaczka do jajek, w ostateczności mikser - choć sztuka cierpi tarka o różnych grubościach tarcia
fartuch z grubego materiału
mnóstwo ściereczek
i kawałek gazy zwany zmywakiem
woda utleniona
wata
plaster z opatrunkiem